To miał być Nepal. Skład wyjazdu też inny. Wszystko wyszło dość nagle i niespodziewanie. Skłamałbym gdybym powiedział, że zawsze marzyłem o wyjeździe do Japonii. Nie chodzi o to, że mnie ta część świata nie interesuje. Nie wiem czy w ogóle jest jakaś część świata, która mnie nie interesuje. Zaryzykuję stwierdzenie, że świat z zasady jest fascynujący, a ciekawego generalnie w nim nie brakuje, problem zaś pojawia się gdy trzeba wybrać coś, kosztem czegoś innego. Czasem przypadek ułatwia ten wybór.
Adam, weź obczaj ceny biletów do Tokio! – To dzwoni Ania. Jest Kwiecień 2011 roku, mija miesiąc od katastrofy w Fukushimie. Nie da się ukryć, połączenie Warszawa-Moskwa-Tokio w obie strony, na listopad, kosztuje niecałe 50% tego co zwykle. Znów musiałbym skłamać (po raz drugi), gdybym powiedział, że pierwszą moją refleksją była myśl: Czy to w porządku, że żerujemy na takim nieszczęściu? Że co by nie było, korzystamy na tym, że komuś się dzieje krzywda? (Pośrednio, ale jednak). Nie była. W każdym razie nie pierwszą.
Plan jest taki: lecimy do Tokio. Tam spędzamy tydzień. Dalej lot do Kagoshimy, najdalej na południe wysuniętego miasta głównego archipelagu japońskiego. Wracamy do Tokio autostopem po drodze oglądając Aso, Beppu, Hiroshimę, Osakę i Kioto. Tylko jak działa stop w Japonii? Czy poza tym, że stojąc przy drodze trzeba wyciągać lewą rękę z kciukiem zamiast prawej, jest to instytucja wybitnie trudniejsza do urzeczywistnienia niż w Europie? Większość osób z którymi rozmawialiśmy nieśmiało sugerowała, że jest. Ok. Spróbujemy i się przekonamy. Ania ma pomysł na zakwaterowanie: Couchsurfing. Nadarza się okazja żeby wykorzystać nagromadzony kapitał społeczny doby globalizmu, zaufanie jakie budzi na portalu budowany latami profil Ani. Wysyłamy requesty, a pozytywnych odpowiedzi nie brakuje. Bomba. Jakoś w lipcu do naszej dwójki dołącza Kasia.
Do Tokio docieramy z 24 godzinnym opóźnieniem. Lot przebookowany na następny dzień. Pasy startowe w pianie. To Kapitan Wrona na niedługo przedtem sadzał na nich bez podwozia Boeinga 767. Naszym pierwszym hostem jest Yoshimi Sakura, ta jednak kończy pracę dopiero koło 18 i nie może się wcześniej z nami spotkać. Jest dopiero południe. Do wieczora jesteśmy zmuszeni walczyć z jet lagiem koczując z bagażami w parku, na zmianę drzemiąc na ławkach. Męczące.
Z Yoshimi mamy się znaleźć na jej stacji metra. No to fajnie. Cała stacja, tak estetyką formy jak i wielkością, przypomina port lotniczy. Spryciarze z nas. Mogliśmy się przecież umówić przy konkretnym wyjściu, tych przecież jest ledwie 8. Ale o ogromie, o ilości wszelkich możliwych cząstek japońskiego świata będę miał jeszcze nie raz okazję wspomnieć. Tu przychodzi czas na inną refleksję. Jesteśmy tak daleko od domu, że niemal nie można być dalej, by nie zacząć wracać. W świecie zupełnie innym, świecie nieustannego dla nas zdumienia, w świecie gdzie nie jesteśmy w stanie odkodować nawet procenta znaczeń tutejszej rzeczywistości. Pośród morza ludzi (niemal identycznych z naszej perspektywy) przemykających przed naszymi oczami co nanosekundę. Zupełnie losowo, wszyscy w swoją stronę. I Tu refleksja przybiera formę pytania - jak to jest, że nagle spośród tego WSZYSTKIEGO wyłania się niskiego wzrostu, uśmiechnięta Japonka z lekko falującymi włosami, która zatrzymuje się tuż przed nami, wyciąga rękę, uśmiecha się i mówi: „Hi guys! I expect You are Ania, Kasia and Adam, right?”? Jak to się dzieje, że po sekundzie my ją znamy? Tak po prostu, ot! Dosłownie moment temu, była takim samym fruwającym elektronem jak cała reszta mijających nas ludzi. Bez znaczenia, niczym się nie wyróżniająca. A teraz? Idziemy do jej mieszkania, śpimy na jej podłodze, pijemy sake i gadamy, poznajemy jej męża i jej psa. Czemu akurat jej? Czy to nie mogłaby być jakakolwiek inna osoba? Tak samo wyłowiona spośród ogromu przemykających nam przed oczami cieni, z szansą 1 do 13mln. Nie chodzimy przecież do tej samej szkoły, nie żyjemy w tym samym mieście, nie mamy żadnych wspólnych znajomych. Nie musieliśmy się spotkać. Może jak nie teraz, to pewnie na jednej z następnych imprez? Nie, tu jest zupełnie inaczej. Jak nie teraz, to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, już nigdy. O co wobec tego chodzi? Internet, Couchsurfing. To przecież wirtualne, nierzeczywiste, na niby. Piszemy na klawiaturze, na ekranie widzimy jakiś obrazek, być może czyjeś zdjęcie. Wyślij, enter i wszystko, paff, idzie w eter. Nierealne, no bo czy możemy dotknąć, powąchać, usłyszeć Couchsurfing? A jednak, chodź abstrakcyjne, to oddziałujące na rzeczywistość, to dzięki Couchsurfingowi spotykamy właśnie Yoshimi, a nie kogo innego. Mało tego, Yoshimi daje nam klucze do swojego mieszkania, ufa nam, a my ufamy jej – obcej osobie. Na własnej uczelni przypinam rower do stalowej kraty przed wejściem. Metafizyka.
Yoshimi mieszka ze swoim mężem w apartamencie ze wspaniałym widokiem na stare centrum Tokio. Zaraz po rozpakowaniu, pędzimy do sklepu kupić produkty na obiad. Obiecaliśmy naszej couchsurferce, że w zamian za gościnę przygotujemy na obiad coś polskiego. Znów propsy dla nas gdy, po wejściu do Seven Eleven okazuje się, że nie jesteśmy w stanie rozpoznać czym jest połowa spośród produktów ustawionych na półkach. Nieco łatwiej jest z tą drugą połową – surowe ryby (wszelkiego rodzaju sushi, sashimi itp., skądinąd przepyszne, o czym absolutnie nie byłem wcześniej przekonany). Ale nam (nie bez pomocy osób trzecich) udało się jakimś cudem dostać ziemniaki, szczypiorek, mięso na kotlety, ogórki i śmietanę. To naprawdę śmieszne doświadczenie - siedzimy na podłodze, przy japońskim stole, w telewizji program o zapasach w kisielu (estetyka oprawy jak ze złego snu o show Szymona Majewskiego), za oknem migające Tokio, a na talerzu kotlet schabowy z ziemniakami i mizeria. Znajdź niepasujący element.
U Yoshimi możemy zostać niestety tylko na jedną noc. Następnego dnia musimy się przenieść do Shujiego i Tetsu, do domu najaktywniejszych członków couchsurfingu w Tokio, do miejsca znanego nam jako Avocado House. Położona po drugiej stronie Tokio, konstrukcja w tradycyjnym japońskim stylu. Na podłodze, maty tatami, pomieszczenia oddzielone przesuwanymi ekranami. Sufity nisko. Zasada decorum na dalekim wschodzie jednak nie obowiązuje. Zaraz za progiem, zamiast eterycznych, owiniętych w kimono postaci sunących po ziemi niczym duchy, czy spadających z nieba płatków wiśni, doświadczamy Kanadyjczyka Simona, który jak na speedzie, wypluwa z siebie zestawy słów oddzielonych tylko co i raz znakami zapytania. Hey guys! How are you? Are you staying here for long? That’s a really nice place, isn’t it? Where are you from? I’m from Canada. Any plans for tonight? Oh, sorry, I gotta go, can’t be late to Disnayland! Shuji wskazuje nam kawełek podłogi: Australian guys have already left, so there’s place for You. But be quite while unpacking, Sweden guys are sleeping in the next room. W kolejce do toalety musimy się natomiast ustawić za Jamesem, Amerykaninem. Strach otworzyć lodówkę. Zaczynamy się zastanawiać czy Shuji i Tetsu ogarniają cokolwiek z tego co się tutaj dzieje.
Pomysł jest taki, żeby Tokio zwiedzać na rowerach. Wypożyczamy trzy na pięć dni, dzięki czemu udaje nam się uniknąć podróżowania zatłoczonym i drogim, jak na nasze kieszenie, metrem. Najwygodniej. Pierwsze słowo jakie przychodzi mi na myśl żeby skwitować moje doświadczanie Tokio, Japonii w ogóle, to ILOŚĆ. W USA chodzi o wielkość. Wszystko jest największe. Samochody, paczki chipsów, ludzie. Nie tutaj. Japonia nie przytłacza nas wielkością, ale ilością wszystkiego. Produktów w sklepie, dźwięków wydawanych przez urządzenia, ilością znaczków, patyczków, koralików, świecidełek, duperelek. Każdy centymetr sześcienny przestrzeni stara się z mocą całego swojego jestestwa zaabsorbować naszą uwagę. Po niedługim czasie odnosiłem wrażenie, że mój mózg zaraz wybuchnie od ilości zaistniałych zjawisk nieustannie domagających się uwagi. Docieramy do centrum dzielnicy rozrywki – Shibuya, to tu jest największe skrzyżowanie świata. Wszystko dookoła sprawia wrażenie przewijanego na dużych obrotach filmu. Trudno zatrzymać wzrok na czymkolwiek, neonie, człowieku, samochodzie, zaraz znika, a w jego miejsce pojawia się dziesięć innych. Nieustannie multiplikująca się rzeczywistość z ogromem swych bodźców bombardujących naszą percepcję dźwiękami i obrazami z jakąś kosmiczną siłą zderzających się galaktyk, bez chwili na oddech. Niewyobrażalnie męczące. Jeszcze raz ilość - wchodzimy do sklepu z elektroniką. Kasia i Ja szukamy słuchawek. Tu zakupy nie wyglądają tak, jak u nas w Saturnie, czy Media Markt. Słuchawki? Pierwsze dwie alejki od prawej. Nauszne? Douszne? Cieszę się, że mogłem pomóc. Zapraszam do kasy. Nie. Tu słuchawki nie zajmują dwóch alejek, ale dwa spośród 14 pięter sklepu z elektroniką. Ale to nic szczególnego, szukając butów, wiader, kredek podobnie nie można narzekać na brak wyboru. Jeszcze raz ilość, ilość pięter w budynkach. Aby zobaczyć czubek większości z nich należy zadrzeć głowę tak wysoko, iż grozi to utratą równowagi. W Europie, czy USA drapaczy chmur można się spodziewać w zasadzie tylko w śródmieściu. Reszta miasta jest się w stanie realizować najwyżej na skali horyzontalnej. Tokio jednak nigdy nie było jednym, scentralizowanym ośrodkiem. Stolica Japonii powstała jako zlepek, aglomeracja rozrastających się w bliskiej przestrzeni, niezależnych miast, które z czasem stały się po prostu dzielnicami Tokio. Każda z nich ma swoje centrum. Tyle pod słońcem. Ale ogrom Tokio znajduje lustrzane odbicie pod powierzchnią ulic. Przejścia podziemne schodzą głębiej i głębiej łączą się z innymi, te łączą się ze stacjami metra, te znów z galeriami handlowymi. Miasto pod miastem jak labirynt rozciąga się na przestrzeni parudziesięciu kilometrów i oplata Tokio od spodu. Mam wrażenie, że stolicę cesarza można przemierzać nie oglądając w ogóle światła dziennego. Nordic walking i w niepogodę.
Rozrywka numer jeden dla Japończyków to karaoke. Następnego dnia idziemy więc pośpiewać. Dołącza do nas Yuko, zwerbowana przez Anię postem umieszczonym na couchsurfingu, z pytaniem o chętnych na wieczorne trele. Yuko mieszka w Yokohamie, pod Tokio, ale doskonale wie gdzie nas zabrać. Nie jest to karaoke jakie znamy. Tu zabawa polega na wynajęciu niedużego studia (ok. 3x4m) na dwie, trzy godziny. W studiu ekran 40 cali, dolby suround i lista dostępnych piosenek grubości książki telefonicznej. Dalej można się drzeć w mikrofon do woli. Dla chętnych - możliwość nagrania całego, zapewne żenującego z punktu widzenia osoby trzeciej, widowiska. Bardzo pozytywnie. Rozrywka numer dwa dla Japończyków to Pacinko (uwaga spoiler) – bynajmniej nie pozytywnie. Raz. Całość przedsięwzięcia polega na siedzeniu w nieznośnym hałasie i tłoku przed, błyskającymi sryliardem żaróweczek, automatami do gry. Dwa. Gęstość papierosowego dymu w powietrzu inspiruje do użycia maczety celem wycięcia w nim korytarza. Trzy. By grać, trzeba maszynę karmić banknotami z tak dużą częstotliwością, że nie starcza ich na długą i jakże wątpliwą zabawę. Ale oczywiście spróbować trzeba. Pacinko przypomina skrzyżowanie jednorękiego bandyty z pinballem. Gra jest hazardowa, toczy się o pieniądze, ale daje graczowi bardzo złudne poczucie możliwości wpływu na rozgrywkę. Bardzo złudne. Po 15 min Pacinko połknęło nam po 1000 jenów. Wystarczy.
Fakt, że Simonowi usta nigdy się nie zamykały trudno uznać za jednoznacznie pozytywny aspekt rzeczywistości. Jedno jednak musimy naszemu kanadyjskiemu współlokatorowi przyznać. Wśród potoku wszystkich słów jakie mu się z twarzy wydostawały, parę bardzo nas zainteresowało. Mianowicie - jak wspomniał o Disneylandzie. Na świecie jest ich zaledwie pięć. Dwa w USA, jeden w Hongkongu, tu w Tokio, oraz w Paryżu. W tym ostatnim właśnie miałem okazję być półtora roku temu. Było wprost fantastycznie. Czemu w tokijskim miałoby być inaczej? Ania miała inne plany na spędzenie ostatniego dnia w stolicy Japonii. Pojechaliśmy tylko Kasia i ja. Trudno mi wskazać jakąś jedną konkretną przyczynę, dla której nasze wrażenia były takie, a nie inne. Nie stało się nic szczególnie przykrego, nie doznaliśmy jakiegoś wielkiego rozczarowania. W zasadzie było fajnie. Ale to jednak nie to. Może po prostu wyrośliśmy z tego wieku, w którym Disneyland bawi najbardziej, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że cała ta magia, fantazja i epicki rozmach jaki towarzyszył mojemu doświadczania krainy Kaczora Donalda, poprzednim razem (przecież nie tak znowu dawno) gdzieś prysł. Wszystko co zostało, to obłuda, tłok, bezmyślna konsumpcja oraz głupie, biegające we wszystkie strony i machające do postaci Myszki Miki dzieciaki. Nie, naprawdę nie o to chodzi, że wyrosłem. Ten Disneyland jest po prostu gorszy od tego w Paryżu. Jest przereklamowany, idzie na łatwiznę. Na mapie parku zamiast rollercosterów, jako atrakcje zaznaczone są budki z truskawkowym popcornem, po który ustawia się godzinna kolejka (sic!). Natomiast te rollercostery, które są, są krótkie, wolne, zupełnie nie bajkowe, stworzone bez pomysłu i zupełnie wyprane z całego mistycyzmu jaki potrafił towarzyszyć zanurzaniu się w świat podróży Indiany Jonesa, czy Kapitana Nemo. Cały czas nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że to jedna wielka fuszerka, a przecież nie musi tak być! Jak się rozejrzeć dookoła widać tylko i wyłącznie nieustannie kupujących coś ludzi. Kupujących całe mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Plastikowy pojemnik na prażoną kukurydzę w kształcie głowy Donalda, kucharski kapelusz Ratatuja, katarynkę grającą melodię hakuna matata. To WSZYSTKO aż ocieka tandetą, a Japończycy to WSZYSTKO kupują, kupują a potem odkładają na półkę, albo wyrzucają. Są to rzeczy niepotrzebne, po które całe tłumy ustawiają się w kilometrowe kolejki. Kiedyś słyszałem, że paryski Disneyland zawiódł oczekiwania inwestorów pod względem spodziewanego dochodu. Okazał się nierentowny. Oprócz faktu, iż oczywiście liczba gości w paryskim parku rozrywki jest dziesięć razy mniejsza niż w tokijskim, to istotne może być też to, że po prostu europejczycy nie kupują (jeszcze?) tego WSZYSTKIEGO. George Ritzer na opisanie postępującej w globalnym świecie homogenizacji, komercjalizacji i konsumpcji stworzył koncepcję McDonaldyzacji. Disneylandyzacja, też pasuje. Pierwsza koncepcja jest bardziej znana, ale Ritzer pisał o obu zjawiskach i w obu mam wrażenie utrafił w sedno. Jutro lecimy do Kagoshimy.